Strona główna Historia W kraju zatrutych drzew…

W kraju zatrutych drzew…

351
0
PODZIEL SIĘ

Było nas czworo. Siedzieliśmy w centrum Phnom Penh, na brzegu wielkiego Mekongu, racząc się zimną colą. Nurt szerokiej, masywnej rzeki zdawał się pędzić na złamanie karku. Woda o barwie i konsystencji rzadkiego błota, śmierdziała rybami i rozkładem. Pot ściekał nam po twarzach, zalewając powieki. Sól gryzła w oczy. Mimo wczesnej pory, upał stawał się nie do zniesienia. Wszechobecna wilgoć oblepiała skórę i wsiąkała w ubranie. Gorące i gęste jak budyń powietrze z trudem wdzierało się do płuc. Przetarłem twarz  zawieszoną na szyi błękitną Kramą, tradycyjnym khmerskim szalem. 

– Czas ruszać – rzuciłem jakby od niechcenia. 

Wstałem powoli, zarzuciłem plecak na ramię i udałem się w kierunku ruchliwej ulicy. Reszta leniwie powlokła się za mną.

Ze znalezieniem tuk tuka nie było problemu. Motorykszarze uwijali się wokół, niby mrówki w mrowisku. Podeszliśmy do pierwszego z brzegu.

– Tuk tuk mister? – usłyszeliśmy łamaną angielszczyzną od niewielkiego jegomościa w dżinsach i kraciastej koszuli.

– Yes, please – odpowiedziałem ze wschodnim akcentem i pokazałem na karteczce adres lokalizacji, do której chcieliśmy trafić – How much?

– Twenty dollars mister! – motorykszarz wyszczerzył szeroko żółto-brązowe zęby.

– No, no. Five dollars – odrzekłem z pobłażliwym uśmiechem.

– Ok, five dollars each. – tuktukowiec uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– Five for all – spojrzałem na niego lekko poirytowany.

– Oh no! Five ech! Five ech! – autochton zaczął machać energicznie głową.

– No way. Sorry – odwróciłem się na pięcie i już chciałem odejść, gdy mój rozmówca chwycił mnie za ramię.

– Ok mister. I take You for five for all – tuktukowiec załamał ręce i dodał z wymuszoną rozpaczą – So cheap, so cheap. You killing me and all my family.

Wsiedliśmy do tuk tuka, rzuciliśmy plecaki pod nogi i ruszyliśmy w drogę. Motoryksza mknęła niczym wiatr. Przemierzając gwarne ulice, rozmyślałem o miejscu, do którego podążaliśmy. Naszym celem było “Wzgórze Zatrutych Drzew”, czyli Tuol Sleng – niesławne Więzienie Bezpieczeństwa S-21 z czasów Czerwonych Khmerów. Więzienie urządzone w (o zgrozo!) dawnej szkole średniej. Kompleks wybudowany bodaj jeszcze przez francuzów, w okresie trwania Indochin Francuskich. W 1975 roku zamieniony na jedno z najokrutniejszych miejsc kaźni w całej Kambodży. Niemal zaraz po wkroczeniu Czerwonych Khmerów do stolicy, stworzyli oni w tym miejscu przedsionek piekła… choć uważam, że i sam diabeł nie byłby zdolny do takich okrucieństw, jakich dopuszczano się w Tuol Sleng.

Wysiedliśmy pod samą bramą więzienia. Wokół wejścia kłębili się okaleczeni mężczyźni żebrający o kilka Rieli. Pozbawione rąk, nóg, z bliznami na twarzach, anonimowe ofiary reżimu Pol Pota. Rzuciliśmy im jakiś banknot na odczepnego, unikając podświadomie ich wzroku. Tak całkowicie bezdusznie i bezrefleksyjnie. Weszliśmy na obszerny dziedziniec otoczony budynkami i murem. Pierwsze, co nas uderzyło, to niepasujące zupełnie do otoczenia, wszechobecne kraty, siatki i druty kolczaste. Niegdysiejsze szkolne korytarze, okna, drzwi… wszystko poprzegradzane rdzewiejącymi prętami. Po plecach przebiegł mi nieprzyjemny dreszcz. Pomimo wielkiego hałasu i harmidru na ulicy, tu, za murem, panowała niemal całkowita cisza. Cisza ciężka i skondensowana. Zdawało się, że można było ją wręcz dotknąć. W milczeniu przeszliśmy przez dziedziniec i zagłębiliśmy się w cień pomieszczeń.

Szkolne korytarze…

Wnętrza wydały nam się jeszcze bardziej nienaturalne i niepokojące. Wszystko pozostawiono w stanie, w jakim zostawili więzienie uciekający Czerwoni Khmerzy. Tylko ciała pomordowanych uprzątnęli Wietnamczycy, którzy wyparli z Phnom Penh khmerskie wojska. Układ pomieszczeń, ich wygląd, surowy charakter, pozostały całkowicie nietknięte. Większość dawnych sal lekcyjnych było podzielonych prowizorycznymi ściankami z drewna i cegły, tworząc jednoosobowe cele. Bardzo małe cele, w których dorosłemu człowiekowi ciężko byłoby się położyć. Prócz tego, w ciasnych pomieszczeniach, do posadzki przymocowano metalowe sztaby, którymi przykuwano więźniów do podłogi. Część szkolnych klas oprawcy zachowali w nienaruszonym stanie, organizując tam wieloosobowe cele, bądź pokoje przesłuchań. Niemal wszystkie te miejsca pozbawiono wszelkiego wyposażenia, pozostawiając jedynie do dyspozycji więźniów niewielkie skrzynki amunicyjne, do których mieli oni załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne. Dawne sprzęty służące do nauki, zgromadzono w pokojach przesłuchań. Każde z nich można było przecież wykorzystać do zadawania bólu i cierpienia w trakcie wymyślnych tortur. Drewniany wskaźnik? Idealnie nadawał się, aby wkładać go w różne otwory ciała. Lub po prostu bić skazańców do nieprzytomności. Liny służące niegdyś do wspinania się podczas lekcji wychowania fizycznego? Doskonale przydawały się do podwieszania więźniów za ręce, powoli i sukcesywnie wyłamując im barki ze stawów. Albo do podwieszania za nogi, by podtapiać ich w donicach wypełnionych wodą. Gdy takiej wody dodatkowo nie wymieniano przez kilka dni, zaczynała ona gnić, śmierdzieć i zarastać zielonym kożuchem. W oczywisty sposób potęgowało to koszmar i udrękę męczonych w ten sposób ludzi. A szafa na książki? Przecież jej nie da się zamienić w narzędzie tortur! Nic bardziej mylnego… Wystarczy ją przewrócić, zamocować stalowe obejmy, przykuć do niej skazańca i z użyciem konewki ze szkolnego ogródka, wykorzystać do waterboardingu.  Pomysłowość katów zdawała się w tym wypadku nie mieć granic…

To tu podwieszano więźniów…

Więźniowie przez cały czas, niemal nieprzerwanie, poddawani byli torturom, zarówno fizycznym, jak i psychicznym. Brak snu, niedobory żywności, wieczne pragnienie, ciągłe szykany ze strony strażników. Twarda podłoga bez posłania, brak moskitiery, brak podstawowej higieny czy opieka zdrowotna, która sprowadzała się jedynie do utrzymania torturowanych przy życiu, aby nie zmarli zanim zdążą złożyć zeznania. Doskwierający upał, wilgoć i wszędobylskie robactwo – muchy, wszy, moskity i pchły. To wszystko powodowało u więźniów skrajne wycieńczenie. Nie trzeba było już wówczas wysilać się wielce podczas przesłuchania, by w takich warunkach złamać człowieka. Nie trzeba było wiele, by doprowadzić go do stanu, w którym przyznałby się do wszystkiego – zdrady, szpiegostwa, działalności wywrotowej. Przyznał się i oskarżył o współudział każdego – nawet najbliższą rodzinę i przyjaciół. By zapragnął śmierci – nawet tej najgorszej, najbardziej bolesnej i upokarzającej. Byle zakończyć ten koszmar…

A więźniem w Tuol Sleng mógł stać się każdy. Nie tylko przeciwnik systemu, ale również szary obywatel, a nawet wpływowy działacz partyjny czy strażnik, który popełnił błąd. Podstawą do aresztowania potrafiły być noszone okulary, gładkie, niespracowane dłonie lub anonimowy donos. Nikt nie mógł czuć się bezpiecznie. Naczelnik więzienia, najbliższy współpracownik i przyjaciel Pol Pota,  osławiony “Towarzysz Duch”, przyjmował z otwartymi rękoma każdego. Więzienie zaś opuszczało się w zasadzie tylko w jeden sposób. Początkowo mordowano skazańców na miejscu, zakopując ich na dziedzińcu i wokół budynków w masowych, płytkich grobach. Miejsca jednak bardzo szybko zaczęło brakować. Wówczas niepotrzebnych już więźniów, którzy złożyli wystarczająco przekonujące zeznania, wywożono na pola śmierci. Z blisko 20 000 osób, które trafiły do więzienia na “Wzgórzu Zatrutych Drzew”, kaźń przeżyło jedynie 12… dwanaście osób z dwudziestu tysięcy…

Wyszliśmy z kompleksu S-21 w milczeniu. Bez słowa wsiedliśmy do czekającego na nas tuk tuka i udaliśmy się do Choeung Ek. Wśród wszystkich pól śmierci, to właśnie Choeung Ek jest najbardziej znane. I to właśnie tu trafiali skazańcy z Tuol Sleng, aby odbyć swą ostatnią drogę. Brutalną i upokarzającą.

by Adam Jones
Masowa mogiła…

Pola śmierci, jak się okazało, nie wyróżniały się niczym szczególnym spośród otaczającego je krajobrazu. Ot, kawałek otwartego terenu z kilkoma drzewami, jakaś pozostałość chińskiego cmentarza, resztki dawnego sadu. Nic co na pierwszy rzut oka mogłoby przykuć wzrok. Nic, prócz wysokiej, przeszklonej stupy, wypełnionej pięcioma tysiącami ludzkich czaszek i kości. Stałem tam, patrząc na tą makabryczną wieżę i czułem zupełną pustkę. Jakbym odkleił się od świata, oderwał od rzeczywistości. Tylko ja, ta wieża i szczątki pięciu tysięcy ludzkich ciał. Wreszcie jednak, po kilku długich jak wieczność minutach, udało mi się przezwyciężyć obezwładniające uczucie i zmusić nogi do dalszej drogi.

Idąc dalej, mijałem niezliczone ilości płytkich dołów. W niektórych dojrzeć można było jeszcze wystające z ziemi resztki ubrań i ludzkie kości. Były to pozostałości masowych grobów. Każdy kolejny monsunowy deszcz do dziś odkrywa makabryczne świadectwa reżimu Czerwonych Khmerów. Wówczas ci, którzy pielęgnują pamięć o pomordowanych, zbierają ostrożnie szczątki ofiar i składają je w oszklonej stupie, rosnącej z każdą porą deszczową coraz wyżej… i wyżej…. Podniosłem wzrok znad jednego z grobów i rozejrzałem się wokół. Stałem sam pośród tych pól, pełnych cierpienia i śmierci. Moi towarzysze zawrócili. Nie byli w stanie znieść więcej tych okropności… tej abominacji. Ja poszedłem dalej, aż dotarłem do dwóch majestatycznych drzew. 

by Prince Ray
Ludzkie szczątki i strzępy ubrań…

Pierwsze z nich nazwano “Magic Tree”. Na jego konarach Czerwoni Khmerzy niegdyś zawiesili wielkie głośniki. Z głośników tych, nieustannie wydobywać miały się donośne dźwięki. Dźwięki na tyle hałaśliwe, by zdolne były zagłuszyć płacz i krzyki umierających tu ludzi. A umierali oni w strasznych męczarniach. Ich oprawcy do zadawania śmierci używali bowiem narzędzi i przedmiotów codziennego użytku. Motyki, młotki, grabie, widły, bambusowe tyki czy foliowe torebki rzadko zadawały szybką i bezbolesną śmierć. A gdy wszystkie te sprzęty uległy zniszczeniu, połamano wszystkie trzonki i kije, podarto wszystkie plastikowe worki, w ruch poszły palmowe liście. Liście tak twarde i ostre na krawędziach, że idealnie nadawały się do podrzynania gardeł. A co najważniejsze, było ich pod dostatkiem. Ale nie to okazało się najbardziej przerażającym aktem ludobójstwa, którego świadectwa otaczały mnie ze wszystkich stron. Najbardziej przerażające okazało się drugie z majestatycznych drzew. To dla odmiany nazwano bardzo dosłownie i bez zbędnych metafor, odzierając je z niepotrzebnej symboliki. Mówiono na nie po prostu “Killing Tree”, a służyło do zabijania dzieci… tych najmłodszych… najmniejszych. Oprawcy chwytali maluszka za nóżki, brali zamach i rozbijali jego główkę o pień… Nieutulony płacz, głuchy trzask i przeraźliwa cisza…

by Greg Walters
Killing Tree

Nie wytrzymałem. To było już zbyt wiele. Oczy zaszły mi mgłą, a po policzkach potoczyły się szerokim strumieniem perliste łzy. Poczułem ukłucie w żołądku, a w głowie zakręciło mi się tak, że na moment straciłem równowagę i niemal upadłem na ziemię. Dalej niewiele pamiętam. Wiem tylko, że szedłem pośpiesznie na oślep, byle tylko jak najszybciej opuścić to miejsce. Byle tylko znaleźć się jak najdalej od pól, na których śmierć zebrała tak krwawe żniwo.

Mimo, iż od tamtego dnia minęło kilka ładnych lat, cały czas pamiętam uczucia, które mną wówczas targały. Uczucia, które trudno mi nawet dzisiaj nazwać. Bo jak nazwać coś, co może obudzić się w człowieku w takim miejscu? Obrzydzenie? Przerażenie? Strach? Wściekłość? Na pewno niezgoda i jednocześnie bezsilność. Od tamtej pory często zastanawiałem się, jak może dochodzić do takich niepojętych zbrodni, wykraczających poza zdolności poznawcze człowieka. Bo jak można tłumaczyć taką zbrodnię? Czym można usprawiedliwić takie postępowanie? Żadna religia, idea, stan wyższej konieczności, nie są w stanie dać podstaw do odebrania drugiemu człowiekowi życia. Jednego życia. A co z setkami, tysiącami, milionami? A jednak, nieprzerwanie przez wieki dążymy do eksterminacji ludzkich istnień. W imię boga, w imię rasy, w imię kultury, w imię władzy i pieniądza, czy w imię mętnych idei. Zdajemy się nie wyciągać wniosków, odwracać wzrok, zapominać. A zapominać nie wolno. 

Posłowie

W Kambodży, na przestrzeni niespełna czterech lat rządów Czerwonych Khmerów, śmierć poniosło 1,7 mln osób. Stanowiło to około 25% ówczesnej populacji kraju. Większość oprawców uniknęła kary. Dopiero w 2007 roku aresztowano pięcioro najbliższych współpracowników Pol Pota, z których zaledwie trzech doczekało odbycia kary. Sam Pol Pot, aresztowany jeszcze w 1997 roku przez swoich współpracowników, zmarł z przyczyn naturalnych w areszcie domowym. W przeciwieństwie do swych ofiar, wszyscy oni dożyli późnej starości.